Pierwsza misja cz. II

przez Grzegorz Opublikowano 172 wyświetleń

Pomysłów nie brakowało, jednak w wielu z nich, zawsze znajdowało się magiczne „coś”, które nie pozwalało na ich realizację. Jeden pomysł wymagał więcej niż sześciu godzin zaangażowania, miejsce dla drugiej koncepcji znajdowało się zbyt daleko, trzecia inicjatywa wymagała zbyt dużego nakładu prac organizacyjnych (co biorąc pod uwagę odległość z Krakowa do Warszawy, stanowiło pewien problem).

W swoich działaniach, zawsze „odbijam myśli” związane z nowymi koncepcjami. Nie chodzi o to, czy jestem w czymś dobry, czy dobrze zaplanowałem akcję i jej założenia, czy wszystko wziąłem pod uwagę. Każda koncepcja musi się podobać, musi być atrakcyjna i chwytliwa. Pierwsze wrażenie słuchacza, jest dla mnie pewnego rodzaju drogowskazem. Tak było i w tym przypadku.

Myśląc o grupie jaką miałem do dyspozycji na dzień charytatywny, zacząłem myśleć o ich potrzebach. Każdy z nas poza pracą, posiada konieczność odnajdywania się na innych płaszczyznach: jesteśmy rodzicami, opiekujemy się zwierzętami, mamy hobby. Zadałem sobie proste pytanie: Czego od dnia charytatywnego będą oczekiwali jego uczestnicy?

Pieniądze, stanowisko, pozycja w firmie – te elementy mieli już na układance swojego życia. Pomyślałem, że w dobie „braku czasu”, znalezienie chwili na kontakt z drugim człowiekiem, na dialog z obcymi ludźmi, może okazać się dla nich wyzwaniem.

Na miesiąc przed terminem spotkania pracowników firmy, zaproponowałem Izie swoją koncepcję. Zadanie było proste, nie wymagało dużych kompetencji. Kontakt z drugim człowiekiem, z nieco innej niż na co dzień pozycji, dawał możliwość pewnego rodzaju „zderzenia” z kłopotami organizacji społecznych i wolontariuszy. W ramach tego zadania, pracownicy firmy stanęli wzdłuż linii kas hipermarketu, aby zbierać pieniądze do puszek. Ich jedynymi narzędziami była motywacja, cel, własne predyspozycje, łatwość nawiązywania kontaktów.

Z pozoru prosta akcja, wymaga przygotowania, ale dzięki zaangażowaniu Izy, w krótkim czasie uporaliśmy się z kłopotami. Zdobyliśmy pozwolenie na przeprowadzenie zbiórki, przygotowaliśmy identyfikatory, listy wolontariuszy, kupiliśmy ubezpieczenie, okleiliśmy puszki, wydrukowaliśmy protokoły ich przekazania oraz otwarcia. Byliśmy gotowi do działania 🙂

Czy umiecie sobie wyobrazić swojego kierownika lub szefa firmy, proszącego o kilka złotych na cel charytatywny? Co czuły te osoby, kiedy po podsumowaniu roku i rozmowach o dużych pieniądzach, kolejnego dnia zbierali drobne do puszek? Jak odnalazły się w nowej roli? Czy coś mogło pójść nie tak?

Przeczytaj już teraz trzecią część artykułu: Pierwsza misja cz. III

Autor

Grzegorz

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

one × 4 =